Tak rodziliśmy "po ludzku" w Lędzinach...

04/07/07 18:07:27

Chciałam z Wami podzielić się doświadczeniami - dla mnie dość traumatycznymi ale może dzięki temu uchronie kogoś przed tym co sama przeszłam ja, mój mąż i nasz mały synek. Zaliczyliśmy zajęcia szkoły rodzenia przy lędzińskiej porodówce - z zajęć byliśmy zadowoleni, dzięki nim mieliśmy bardzo pozytywne - optymistyczne - nastawienie do porodu co miało być dla nas podstawą porodowego sukcesu. Wiedzieliśmy że poród zaczyna się w głowie i że jest to "wydarzenie rodzinne" bardziej niż "medyczne" dlatego z radością i bez strachu czekaliśmy na ten dzień kiedy miało narodzić się nasze pierwsze dziecię. Znając opinie innych osób i czytając w różnych miejscach praktycznie same bardzo bardzo dobre opinie i wspaniałe wspomnienia związane z porodami w Lędzinach po wielu przemyśleniach postanowiliśmy wspólnie że tam właśnie chcemy rodzić - liczyliśmy na domową - rodzinną atmosferę, intymność i poród bardziej "naturalny" niż "szpitalny" co też miało byc "bezpieczniejsze" dla nas i naszego dziecka. Wydawało nam się że słuszność naszej decyzji potwierdziło przyznanie lędzińskiej placówce II miejsca w Rankingu Fundacji "Rodzić po ludzku" i wyróżenienie położnych - "Aniołów". W spokojnym oczekiwaniu na poród pomogło nam to że poznaliśmy położne pracujące na porodówce i czuliśmy się tam prawie jak w domu. Myśleliśmy że nasz przemyślany wybór jest w 100% trafny i że w ten sposób zwiększymy nasze szanse na to żeby poród naszego dziecka wspominać jako najpiekniejszy dzień naszego życia, "z łezką w oku" itp... Na porodówkę przyjechaliśmy nad ranem po tym jak w nocy odeszły mi wody. Nie było żadnego golenia ani lewatywy - fakt przyjęcie jak w domu. Do naszej dyspozycji dostaliśmy osobny pokój, kóry zapewniał nam intymność na której nam zależało, piłkę i oczywiście mogliśmy prosić o wszystkie inne pomocne sprzęty - ale i tak okazały się w moim przypadku nieprzydatne. Na samym początku okazało się że miałam 5 cm rozwarcia, a wczesniej praktycznie nie czułam żadnych większych skurczów co mnie bardzo zaskoczyło i oczywiście ucieszyło. Systematycznie w czasie całej I fazy tak często jak było to konieczne położna badała mnie i tętno dziecka. I wszystko było pięknie dopóki rankiem nie zjawił się na prodówce dr Hudy. Już na dzień dobry było czuć że "szybki" pan doktor nie przepada za porodami "naturalnymi", niestety... O godzinie 11 kiedy akcja porodowa postępowała ale nie tak szybko jak życzyłby sobie tego pan doktor, zaczął on straszyć nas 40 stopniową gorączką którą mogę dostać jeśli akcja nie przyspieszy, odwozem do szpitala i powikłaniami wynikającymi z tego że odeszły mi wody. Tak długo z kwaśną miną smęcił, straszył i marudził że nie mając alternatywy ani innej propozycji ze strony położnej jako jednak w końcu niedoświadczeni bo rodzący po raz pierwszy w końcu zgodziliśmy się na podanie kroplówki z oksytocyną (ale zdaję sobie sprawę z tego że w szpitalu kroplówkę mogłam w tej sytuacji kiedy odeszły już wody dostać już dużo wcześniej i byc może ? nikt by się mnie o zdanie nie pytał... tu jednak mogliśmy poczekać). Po kroplówce w ciągu kolejnych 3 godzin miałam już rozwarcie na 8 cm przy nawet całkiem znośnych skurczach które od tego momentu jednak zaczęły coraz bardziej narastać i stawały się już dość bolesne. Przy 8 cm rozwarciu dostaliśmy nawet rosołek który jadlam kołysząc się na piłce. Niestety ponieważ pan doktor bardzo ale to bardzo spieszył się do 15 pacjentek które czekały na niego w przychodni (co jeszcze nie raz dał nam tego dnia odczuć powtarzając to w kółko ze zniecierpliwieniem!) uznał że nie będzie czekał aż łaskawie będzie pełne rozwarcie tylko że mi je własnoręcznie zrobi - o czym nie miałam pojęcia kładąc się nieświadoma na fotelu "do badania". Nikt mi nie powiedział co planuje pan doktor, a dodatkowo mąż musiał zostać za drzwiami chociaż normalnym zwyczajem w tej placówce są badania w obecności męża, ale pan doktor tego akurat nie praktykuje. I tak w okropnym bólu potęgowanym przez skurcz pan doktor rozciągał mi palcami szyjkę każąc przy tym przeć i robił to tak długo aż wreszcie ujrzał swoje upragnione 10 cm ponieważ jak wspomniałam wcześniej naprawdę bardzo spieszyło mu się na dyżur do przychodni i był niezadowolony że tak podobno wolno to u mnie idzie... Samo rozpychanie szyjki na siłę na skurczu z powodzeniem mogłoby zastąpić kilka średniowiecznych wymyślnych tortur. Kiedy wreszcie miałam pełne rozwarcie ten z kolei z niecierpliwością czekał na skurcze parte, co chwilę (!) wypytując mnie czy już je czuję i czy juz mnie ciśnie i był zdziwiony że jeszcze nie... i jeszcze nie... że to niemożliwe że jeszcze nie (!) Zaproponowano mi kilka skurczów parcia na siedząco, potem niestety musiałam polec na fotelu ponieważ pan doktor nie potrafi badać i odbierać porodu inaczej niż na fotelu mając krocze kobiety na wysokości swojego nosa. Z fotela udało mi się zejść jeszcze na chwilę kiedy położna zaproponowała parcie w kucki bo na plecach trochę mi nie szło... parcie w kucki było bardzo efektywne, główka zeszła, ale nie było to w stylu pana doktora który grał niestety pierwsze skrzypce i musiałam znów polec na fotelu. I w tej prawie leżącej pozycji miałam cały czas przed oczami pana doktora żującego z zapałem gumę z pomlaskiwaniem (!) która to guma pewnie ma za zadanie ukryć zapach papierosów które pali na porodówce (tak tak... o poranku kiedy pan doktor zjawia się na porodówce zapach dymu papierosowego swobodnie dolatuje z miejsca gdzie pali - 2 sale dalej do miejsca gdzie leżą matki z dziećmi!). Efekt końcowy naszej lędzińskiej "przygody życia" - żyję ja i dziecko które niestety z niepoznanych przez nas przyczyn utkwiło na dość długo w kanałe rodnym - podobno parłam w sumie ok godziny i 50 minut (piszę podobno bo nie odczułam że to aż tak długo trwało, ale podobno to normalne że czas na porodówce płynie innym tempem). Co do utknięcia dziecka to raz słyszałam że może pępowina za krótka, raz że tak krocze mocno trzymało, potem że brak jakiegoś obrotu? Nie wiem... Czemu nikt nie pomyślał o pozycji leżacej w której utkwiłam ja? Cieszę się tym że żyję ja i dziecko bo miejscami zastanawiałam się czy ten koszmar z parciem które od pewnego momentu nie przynosiło żadnego efektu w ogóle kiedyś się skończy i jak, zależało mi już tylko żeby mały wreszcie się urodził już nawet nie ważne jak, byle tylko przeżył, nie wiem czy kiedyś w życiu bałam się bardziej... wątpię. Dodatkowo bardzo trudnym zadaniem dla mnie było koncentrowanie się na parciu kiedy pan doktor chodził w kółko koło fotela, patrzył w moje krocze i ciągle tylko stękał między przeżuwaniem gumy że "to za długo", "za wolno" i "coś tu jest nie tak", ciągle tylko powtarzał że "coś tu jest nie tak" - jak w takim momencie kiedy tak bardzo bałam się co jest nie tak i co z dzieckiem miałam efektywnie przeć i skupić się na parciu, nie wiem? Jak w takim momencie mam spokojnie rodzić kiedy nie czułam wcale że jestem pod "fachową" opieką i miałam wrażenie że nikt nie panuje nad moim porodem, że będzie to coś w stylu "albo się uda , albo się nie uda". Oczywiście zaliczyłam podobno bardzo poważne pęknięcie pochwy, o nacięciu na dwa razy które sądząc po bólu chyba na skurczu raczej nie było nie wspomnę... Niestety pan doktor nie chciał zgodzić się na inną pozycję niż leżąca chociaż położna próbowała proponować, ale na jej chyba raczej zbyt cichej propozycji znów się skończyło. Nasze dziecię zostało wyciśnięte w końcu z mojego brzucha, już nie pamiętam kto sie na mnie wtedy położył - chyba położna bo pan dr próbował ale chyba położna go wstrzymała bo on jak zwykle zabierał się do takiego zadania ze zbytnim zniecierpliwieniem co pewnie mogło się dla nas źle skończyć... I kiedy wreszcie urodziło się nasze dziecię to miałam nadzieję że będę mogła spokojnie poleżeć z nim na piersi co na pewno wynagrodziło by mi cały ten wielki stres porodu i na co tak bardzo przez czekałam i z czego pewnie ucieszyłby się mały (2750g/52cm) wymęczony Franuś, ale mimo że wszystko z dzieckiem było dobrze poleżał na mnie dosłownie może z 10 sekund i został nagle bez słowa zabrany, ponieważ przecież panu doktorowi tak bardzo się spieszyło... Widziałam że położna musiała go hamować bo chciał pociągnąć za pępowinę żeby szybciej wyszło łożysko, zresztą wyszło bardzo szybko bo zaraz w następnym skurczu, po tym jak poszczypano mnie trochę po brzuchu. Potem pan doktor zabrał się do naprawdę ekspresowego szycia (nie sądziłam że "poważne pęknięcie pochwy" szyje się w takim tempie) - dostałam znieczulenie ale tylko na zewnątrz po czym pan doktor wbił mi igłę w środku, oczywiście zaprotestowałam bo był to okropny ból na co pan dokrot stwierdził że nie da mi znieczulenia bo "w środku znieczulenie nie zadziała" (!), powiedziałam że już nie wytrzymam i wtedy położna dała mi znieczulenie... Po ekspresowym szyciu przyszedł czas na ekspresowe interesujace refleksje w wykonaniu pana doktora, przytoczę dwie: 1. Poród postępował wolno bo mam leniwą macicę i nie mam mięśni brzucha - tak stwierdził dotykając mój flaczek z którego własnie wyskoczyło po 9 miesiacach dziecię... nie wiem gdzie on szukał mięśni? Zaznaczam że nigdy nie byłam osoba otyłą i zawsze byłam wysportowana ale wiadomo jak wygląda kobieta w ciąży i po ciąży... 2. Chociaż rodziłam po terminie stwierdził też że dziecko jest przed terminem bo urodziło się w mazi płodowej (!). Moje przemyślenia: Nie wiem dlaczego akurat nas spotkało to niewątpliwe szczęscie że poród własnoręcznie odbierał pan dr Hudy (jedyny lekarz pracujący na porodówce-albo raczej "dobiegający" to trafniejsze określenie), zawsze myślałam że porody odbierają położne, przynajmniej w Lędzinach? To czego nauczyliśmy się w szkole nie miało żadnego pokrycia w rzeczywistości (NIESTETY), byłam bardzo rozczarowana tym o czym zapewniano nas w szkole a tym co stało się na porodówce. Byliśmy wręcz napaleni na poród który będziemy wspominać całe nasze życie i owszem będziemy wspominać... Nabiliśmy sobie głowy frazesami, wiedzą tajemną o wpływie "dobrego naturalnego porodu" na przyszłość dziecka, oglądaliśmy piękny film o porodzie w iście domowym stylu... Zabrakło tylko zajęć z zakresu "Zachowania dr Hudego i ich wpływ na rodzące i personel porodówki..." Pan dr Hudy pasuje do lędzińskiego zespołu jak pięść do nosa - był osobą która niezwykle mnie stresowała, popędzała i sprawiła bardzo wiele niepotrzebnego w moim odczuciu bólu, myślę że przez to jego przyspieszanie na siłę tylko nam zaszkodził. Poza podaniem kroplówki nikt mnie o niczym nie informował. Jeśli coś było konieczne dla przebiegu porodu to ja to rozumiem ale czuję że w naszym rodzeniu było zbyt dużo zbędnego bólu i strachu. Mam nadzieję że nasze dziecko faktycznie jest zdrowe tak jak na to wygląda. I nie wiem w czym mój poród (przynamniej jeśli chodzi o II fazę) różnił się od szpitalnego a la lata siedemdziesiąte przed kórym tak się broniliśmy? Nie wiem dlaczego położne miały w moim odczuciu tak mało do powiedzenia? Jakby ich nie było... Co warte są te wszystkie rankingi jeśli tak wygląda rzeczywistość? Opieka po porodzie była dobra - położne pod tym względem to naprawdę Anioły. Chociaż przyplątała mi się infekcja w drogach moczowych i musiałam zostać na poroódwce tydzień, w tym 4 dni z założonym 24 h/dobę cewnikiem. Chociaż poważne problemy zaczęły się u mnie wieczorem, do rana (kiedy to zwyczajowo zjawia się na porodówce) musiałam czekać na pana doktora, zlecenie badań a później receptę na antybiotyk - chociaż mąż chciał go przywieść samochodem żeby coś mi przepisał. Kiedy ja leżałam juz po porodzie w tym czasie były 2 porody - oba cudowne, naturalne, rodzinne - czy to przypadek że były takie bo bez obecności pana doktora? Dlaczego raz lekarz musi byc obecny od początku do końca a raz nawet się go nie zawiadamia? Czy nawet w takim miejscu i szczęściu decydują znajomości? A ja płakałam że nie mieliśmy tyle szczęscia żeby tak pięknie urodzić i ciągle chce mi się płakać jak o tym wszystkim myślę. Pokarm jakimś cudem dostałam - w 4. dobie. Prawdą jest że jaki poród taki połóg bo mój połóg był koszmarem, siadłam bez stresu praktycznie dopiero po miesiącu, ponad miesiąc po porodzie jeszcze bolały mnie żebra po wyciskaniu dziecka tak że nie umiałam bez grymasu bólu zwlec się z łóżka czy przewrócić z boku na bok. Fakt, nikt nas nie namiawiał i nie mówił "rodźcie tutaj..." ale żałuję że chociaż wszyscy nas znali to NIKT na porodówce nas nie uprzedził że może mieć miejsce taki scenariusz i co wtedy robić - mam na myśli szczególnie położne (a teraz już wiem że nie byliśmy pierwszym takim przypadkiem niestety...)

Kwietniówki 2007 - zapraszam

05/03/07 15:04:16

emila, czekoladka do porodu to na wzmocnienie, tam gdzie chcemy rodzić mają takie podejście że pozwalają possać czekoladkę (parę kosteczek), wypić herbatkę z miodzikiem, a nawet zjeść... snickersa :shock: to sobie kupiłam na razie milkę łaciatą :) Niunia, wiesz ja jestem taka dziwna jednostka że mnie po czekoladzie to czyści, a nie zatwardza (że tak powiem fizjologicznie), kawa mnie usypia itp. nie wyobrażam sobie rodzić x godzin i to o pustym brzuchu, może jestem dziwna, ale głód to mi na głowę strasznie działa ;)

Kwietniówki 2007 - zapraszam

05/03/07 08:10:53

dzień dobry wszystkim. ja wczoraj byłam na imprezce - 2 siostry lutowe świętowały urodziny. wysiedzieć mi było ciężko ale się poświęciłam bo takie jedzonko pyszniutkie było ze hej. brzuszek mize 107 urósł na 110 cm po tej imprezie :) ja kupiłam sobie czekoaldę Milkę na poród :lol: muszę ją zapieczętować żeby nie zniknłęa wcześniej :) i dziś idę po ostatnie zakupy do mojej torby... ech :) miłego dzionka :*

Kwietniówki 2007 - zapraszam

04/03/07 20:26:02

marylou, wszystko OK z twoją ręką? bo mojemu tacie kiedyś pękła szklanka na ręce przy zmywaniu i niestety został mu odłamek szkła w dłoni, jakby coś ci się z ręką działo to pędź na pogotowie :!: DZIUNIA, DZIELNA MAMUSIU GRATULACJE! Niech się synuś chowa zdrowo i rośnie szybciutko A jak weszłam na neta i przeczytałam opis Niuni na GG to myślałam że Joanman urodziła! A to nasza Dziunia kochana. Dobrej nocki... :*

Kwietniówki 2007 - zapraszam

02/03/07 18:09:07

kurcze, właśnie dziś się dowiedziałam że moje siostry urodziły swoje dzieci zawsze po terminie, ech a ja mam nadzieję być pierwsza w tej rodzinie przedterminowa! Gomi dzięki za info o joanman... dziewczątka kochane, uważajcie dzś na siebie bo mamy pełnię księżyca i porodówki są w takim czasie pełniejsze.... mówię serio! żadnego mycia okien, dźwigania albo przesuwania! mena30, ja tez jestem zwolenniczką nienacinania ale po tym jak rozmawiałam kilka dni temu z kumpelą z grupy ze szkoły rodzenia - też przeciwniczką nacinania - która nie dość że ją nacięli to pękła tak że ma 20 szwów... :( to ja juz sama nie wiem... nie ma co się nastawiać na nic, bo życie i tak weryfikuje nasze plany... mam nadzieje że dziś u was też takie fajne słoneczko świeciło jak u mnie. tylko głowa mi pęka... :/