** KWIETNIOWE SŁONECZKA**2008

30/04/08 13:37:09

ina, -monique- - dziękuję :) Ina - nie ma się czym przejmować, jeszcze zatęsknisz za tym czasem oczekiwania. A dzidzia, jak się urodzi, będzie z Tobą już zawsze. Nacieszysz się nią miliony razy :) Ja tymczasem wrzuciłam Lilię do galerii :)

** KWIETNIOWE SŁONECZKA**2008

30/04/08 10:40:55

Witam wszystkie rozpakowane i jeszcze w dwupaku mamusie! Tym rozpakowanym ogromnie gratuluję :) Zgłaszam się po przerwie, jak się pewnie każdy domyśli, spowodowanej pobytem w szpitalu (choć byłam tam tylko 3 dni a później czasu na nic nie było...). Oficjalnie ogłaszam, iż moja córcia – Lilia Wiktoria Rosa – urodziła się 21 kwietnia (w dniu wyznaczonego terminu), miała 58cm długości i ważyła równiuteńko 4kg :). Może spróbuję opisać poród, jeśli mała na to pozwoli bo śpi już troszkę, więc pewnie zaraz będzie karmionko! Skurcze zaczęły się nad ranem w poniedziałek, o godzinie 3:00. Na początku nie zorientowałam się że to to, gdyż jak zdążyłam się już tu raz wyżalić, takie same miałam od dłuższego czasu. I rzeczywiście – skurcze w pierwszej fazie, na rozwarcie szyjki, to był dla mnie pikuś, bo już byłam do nich przyzwyczajona (jeśli można to tak nazwać oczywiście ;) Tak więc o tej 3:00 obudziłam się i zdecydowałam, że zażyję sobie relaksującej kąpieli... Weszłam do wanny i po kilku minutach coś mnie natchnęło, aby zacząć mierzyć odstępy pomiędzy bólami. Byłam niemało zaskoczona, gdy okazało się, że pierwszy odstęp to 10min, drugi 8min, trzeci już 7min a każdy następny ból co 5 min niezmiennie do pełnej godziny mierzenia. Jak uczulił mnie lekarz, po godzinie mierzenia wyszłam z wanny, potoczyłam się do sypialni i oznajmiłam mężowi, iż nasza córcia jest jak szwajcarski zegarek – przyszła data terminu no i rodzimy! Powoli zebraliśmy się (aby dojechać do wybranego szpitala potrzebowaliśmy jeszcze ok. 20min) i koło 6:00 rejestrowaliśmy się już w szpitalu. Tam cierpliwości mnie opuszczała gdyż baba widząc, że skurcze mam już coraz częstsze, zadawała mi setki jak dla mnie na ten moment głupich pytań. W końcu po prostu odwróciłam się na pięcie i odeszłam w spokoju przyjmować kolejne skurcze, a mąż zajął się resztą. Koło godziny 6:30 wylądowaliśmy na bloku porodowym; tam pierwsze badanie (rozwarcie na 2,5cm) i kolejne wypełnianie papierów! Głupota... Po badaniu zaczęłam bardzo mocno krwawić, skurcze skróciły swój odstęp do 3min. Po dopełnieniu wszystkich formalności pozwolili mi w końcu przebrać się w rzeczy do porodu. Zdążyli mnie położyć na chwilkę i sprawdzić rozwarcie szyjki – 3cm. Babka gadała ze mną o jakichś głupotach, teraz już sama nawet nie wiem, o czym była ta rozmowa :) Bardziej zaaferowała mnie kobieta, która rodziła za niewielką ścianką, tuż za mną. Biedna męczyła się okropnie i cały czas krzyczała prosząc o pomoc... To mnie dobijało i zapomniałam całkowicie o sobie, żyłam jej porodem. Dodam tylko, ze poród mieliśmy rodzinny, niestety w wybranym szpitalu jest tylko jeden pokój do porodów rodzinnych, więc musieliśmy być na sali „zbiorowej” (razem z nami rodziły jeszcze 3 inne kobietki). Po niedługim czasie stwierdziłam, że ja chcę do toalety, no więc z pomocą męża pokulałam się do niej. Pod samymi drzwiami krew dosłownie polała się ze mnie. Stałam i czułam, jak leci po nogach... W końcu dotarłam na utęsknioną muszelkę a mąż zajął się zacieraniem śladów mej obecności pod drzwiami toalety. No i na toalecie dostałam pierwszy skurcz party... Pamiętam tylko, jak krzyczałam „jak pcha! jak pcha!”. I jak dla mnie, dopiero wtedy zaczął się poród, bo do tej pory było lajcikowo :) Mąż przestraszył się nie na żarty, zaczął mnie prosić, bym wstała z toalety, bo zaraz tu urodzę. Ale ja musiałam poczekać do końca skurczu. Jak tylko ucichło, zebraliśmy się szybko i migiem do położnej! Kolejne badanie i pytanie kobietki: „czy pani wie, ile potrzebuje centymetrów rozwarcia, aby zacząć rodzić?” Ja mówię „dziesięć”, a ona na to: „a pani ma dziewięć i pół”. Byłam w lekkim szoku, bo wszystko szło w piorunującym tempie; w ciągu 1,5 godziny moje rozwarcie powiększyło się o 7cm. Nie zdążyłam skorzystać z kąpieli z bąbelkami, nie mieli kiedy uraczyć mnie lewatywką, na którą liczyłam... I nagle padła decyzja, że pani, która leży sobie spokojnie w pojedynczym pokoju dla porodów rodzinnych może sobie poczekać na sali ogólnej, a mnie przerzucają do tegoż pokoju :) Bardzo nas to ucieszyło! W mig zostało wszystko przygotowane i po kilku minutach już leżałam sobie spokojnie. Powiedzmy że spokojnie, bo musiałam przeżyć jeszcze 3 skurcze parte do pełnego rozwarcia szyjki, a wiadomo, surowo zabronili mi przeć. I to było dla mnie najgorsze – czułam jak malutka już chce wyjść, miałam ogromną ochotę już przeć, a nie mogłam. W końcu położna przy 4 skurczu pozwoliła mi na próbę coś pocisnąć a sama usuwała jeszcze małą otoczkę szyjki. Nagle coś strzeliło a ja poczułam, że ze mnie coś wyleciało z dużym impetem. Tak się przestraszyłam, że przestałam przeć i znieruchomiałam. Położne krzyknęły „jest, jest!” a ja zaczęłam przerażona pytać „co jest, co jest?!”. Przez myśl mi przemknęło, że to niunia wyskoczyła z takim impetem... Ale one na to: „wody odeszły”... I zaraz usłyszałam: „no, to teraz bierzemy się do roboty!”; dostałam wskazówki co i jak mam robić przy następnym skurczu i przy następnym podejściu zaczęło się. Po dwóch skurczach dowiedziałam się, że widać główkę i czarne kudełki :) To mnie zmotywowało. Słyszałam też, jaki przejęty jest mój mąż. Choć w jednej chwili odepchnęłam go, chciałam mieć w tym momencie spokój... Zaraz potem już musiał być przy mnie ;) Zabawne teraz jest dla mnie to, że po każdym parciu nie chciałam za żadne skarby świata opuścić nóg na dół i położyć ich swobodnie. Cały czas powtarzałam „tak mi dobrze, tak mi dobrze” hehe... Ale położne naciskały, abym je opuszczała, bo mogę dostać dodatkowych skurczów w nogach... To nie było po mojej myśli :) Poza tym po każdym parciu zapominałam oddychać – dostawałam bezdechu i położne za każdym razem musiały mi przypominać „oddychaj!”. W końcu położne podjęły decyzję o nacięciu krocza, słyszałam, jak wymieniają zdania między sobą. Miałam świadomość, że zaraz będę nacinana, ale jakoś nie zrobiło to na mnie wrażenia. Przy pierwszym skurczu od tej decyzji, zostałam nacięta nie wiem kiedy (naprawdę, nie wiem kiedy to zrobiły, bo nic nie czułam!) i Lilia już była z nami (godzina 9:10). Na starcie dostała 10 pkt. Druga faza porodu trwała 35min, pierwsza – mam wpisane 5,5 godz. liczone od pierwszych skurczy o 3:00 w nocy, lecz dla mnie poród trwał od pierwszego skurczu partego :). Nigdy nie zapomnę pierwszego widoku córci, zaraz po wyjęciu z brzuszka, mąż jeszcze wykrzyknął „jaka duża!” a dla mnie nie była duża, tylko piękna :) A jeszcze gdy położyli mi ją na piersi... Odleciałam... Szkoda, że tak szybko zabierają maleństwo do pomiarów. Mąż został zaproszony do asystowania przy pomiarach, a do mnie przyszedł lekarz na szycie – trwało jakieś 20 min i dało się przeżyć :). Niedługo wróciła położna i powiedziała, że teraz musi mi pogratulować, bo córcia ma 4kg! A mnie zatkało :) Po kim to, skoro ja urodziłam się 3100 a mąż podobnie...? Zaraz po szyciu wywieźli mnie do sali ogólnej, gdzie nadal rodziła ta biedna kobieta i nadal krzyczała w niebogłosy... My byliśmy za parawanem, bo zaraz przyszedł mąż z córcią na rękach i położna, która od razu pokazała, jak karmić. Lilia pięknie przyssała się do cyca :) Trzęsłam się okropnie z zimna, nie mogłam tego opanować. Przykryli mnie kocami ale to nic nie dawało. Dużo czasu minęło, nim się uspokoiło. Niedługo zaś dostałam jedzonko, co było miłym akcentem  Z pierwszej fazy porodu pamiętam nie ból, tylko głód... :D Mój mężulek karmił mnie łyżką bo nie mogłam się podnieść, tak rwały mnie szwy. W trakcie jedzenia przyszedł do mnie ordynator i powiedział, że rodziłam jak cyganka... w takim tempie hihi. Dziewczyny, każdej życzę takiego porodu. Ja swój będę dobrze wspominała :) No proszę, a Lilia nadal śpi... Niedługo wrzucę do galerii fotki córci! Pozdrawiam serdecznie!

** KWIETNIOWE SŁONECZKA**2008

19/04/08 19:29:04

borowka - dziękuję za odpowiedź i w galerii, i tutaj :)

** KWIETNIOWE SŁONECZKA**2008

19/04/08 19:14:22

Dziewczyny gratuluję pomyślnego rozwiązania!!! I tak nieskromnie powiem, że zazdroszczę... :oops: Ja od wczorajszego wieczora nie wiem, co mam z sobą zrobić; mam okropne bóle krzyża, podbrzusza, pachwin... w końcu promieniuje to wszystko na uda. Malutka daje mi popalić - tak mocno się wypina, że co chwila stają mi świeczki w oczach. Uciska mi bardzo na nerwy kręgosłupa... Lekarz tłumaczy to faktem, że jestem szczupłą osobą, dziecko już od dawna nie ma miejsca i dlatego tak się dzieje. Brzuch mam wiecznie napięty i twardy jak skała... Wczorajsze KTG pokazało, że macica wykazuje stałe napięcie w granicach 20%, natomiast brak jakichkolwiek skurczy :cry: Ostatnią noc przeryczałam z bólu, mam juz dość... Nie pamiętam, kiedy ostatnio się wyspałam. Lilia przez całą noc balowala, w ciągu dnia też nie odpuszczała. W szoku jestem, że ma tyle sił, choć z niej od początku była strasznie zwiercona dziewczyna. Kiedyś mnie to bawiło, bo w brzuchu cały czas coś się działo. Teraz już nie jest mi do śmiechu... Nie wmawiam sobie, że niedługo urodzę bo dopiero bym się podłamała, bezskutecznie oczekując wielkiej chwili. Czy macie jakieś sposoby na uśmieżenie bólu kręgosłupa /brzucha/skóry na brzuchu...? Lepiej czuję się, gdy wejdę do wanny, lecz to tylko do momentu wyjścia z niej. Później jest to samo. Pytanie dotyczące ręcznego laktatora z Aventu mnie też interesuje, gdyż taki właśnie posiadam ale oczywiście nie wiem jeszcze, czy jest skuteczny. Gdyby któraś z dziewczyn pochwaliła się takowym oraz napisała, jak się go użytkuje, byłabym wdzięczna :)

** KWIETNIOWE SŁONECZKA**2008

18/04/08 21:42:14

ewasz dziękuję za informacje odnośnie galerii; właśnie wrzuciłam swoje fotki :) Również ogromnie gratuluję nowym mamusiom - oby maluszki zdrowo rosły! Ale Wam fajnie... Ja wróciłam z KTG - 0 skurczów... Kolejna wizyta za tydzień, 3 dni po terminie. A wszyscy wróżyli, że urodzę na długo przed... :) No cóż, z kwietniówki zrobi się majówka! :lol: Pozdrawiamy, Iza i Lilia - która cały czas nieźle daje mamie popalić...