LIPCÓWECZKI 2007 :))

19/06/07 14:43:06

Cześć :) Serdeczne gratulacje dla rozpakowanych :D Dużo szczęścia, zdrowia i jak najszybszego ułożenia sobie czasu :D Link do zdjęć mojego malucha: [url:1o2meoh6]http://www.synergium.pl/milosz[/url:1o2meoh6]

LIPCÓWECZKI 2007 :))

15/06/07 15:09:58

Dziękujemy serdecznie za wszystkie życzenia i gratulacje :D Wam życzę, żeby poród trwał nie dłużej niż mój :D i żebyście mogły już w godzinkę po pordzie cieszyć się już maleństwami i móc je przytulać i karmić. No i żebyście nie musiały "znęcać" się nad dzieckiem (i równocześnie nad sobą :D ) koniecznością budzenia co 1,5h na karmienie (nawet, albo i szczególnie w nocy, bo wtedy pokarm jest tłustszy), tylko żeby były maleństwa zdrowe, chętnie jedzące i śpiące w nocy przez 5h :) Na badania chodźcie regularnie :) Jedna tylko taka mała uwaga związana z zakażeniem wewnątrzmacicznym. Ja wiedziałam, że mam paciorkowce, bo to wyszło w czasie ciąży (w 2im trymestrze). Leczyłam się, ale nie miałam powtórzonych badań, więc istniała szansa, że bakterie wciąż tam są (zresztą podobno nie da się ich wybić tak na amen, nie wiem). Zgłosiłam to przed porodem, bo czytałam, że koniecznie trzeba to zrobić, zresztą to samo powiedział mi mój gin prowadzący. W niektórych krajach podobno praktykuje się robienie kobietom w ciązy koło 37 tygodnia badanie wymazu z szyjki macicy właśnie żeby sprawdzić, czy nie znajdują się tam zbyt duże ilości groźnych dla dziecka bakterii. U nas niestety nie ma tego zwyczaju. Do czego zmierzam. Przy zakażeniu podaje się współczynnik CRP charakteryzujący "siłę" zakażenia. Dla dzieci norma jest do 5, a standardowo rodzą się z CRP około 0,00coś tam. Wartości CRP 3cyfrowe mogą być już niebezpieczne i prowadzić m.in. do zapalenia opon mózgowych u dziecka. Miłosz miał CRP 13 - na początku myślałam, że to bardzo dużo i byłam przerażona, ale później leżałam na sali z dziewczynami, których maleństwa miały CRP ponad 150. One nie wiedziały, że mają bakterie w szyjce. Maleństwa te oczywiście też zostały wyleczone, ale trwało to dłużej niż np u Miłosza, no i w ogóle wiadomo, że lepiej, żeby dziecko było zdrowsze niż chore. Jeśli wiemy, że coś takiego mamy, możemy się wyleczyć przed porodem, albo jeśli nawet nie wyleczyć, to zmniejszyć szansę poważnego zakażenia przy porodzie. Pogadajcie z Waszymi gin, czy nie warto byłoby zrobić sobie to badanie. Tak na wszelki wypadek :D Pozdrawiam

LIPCÓWECZKI 2007 :))

15/06/07 14:04:46

Cześć :) Znowu długo nie pisałam, bo jakoś tak teraz czasu nie za bardzo :D Rzeczywiście jestem już po porodzie, nawet miesiąc po :) Oto ta ciekawa historia. W czwartek 17 maja 2007 obudziłam się nad ranem, bo wydawało mi się, że poczułam jak jakiś płyn wydziela się z pochwy, jakieś 5ml albo coś w ten deseń. Stwierdziłam, że chyba jest ok, bo stało się to razem z upławem i spokojnie dalej poszłam spać. Jak wstałam, to tylko postanowiłam, że jednak nie pójde sobie na spacer (a ostatnio miałam w zwyczaju robić 2 dziennie) tylko poleżę w łóżku - tak na wszelki wypadek. Poza tym czułam się dobrze, jak codzień. Tak też uczyniłam i cały ranek leniuchowałam w łóżku przed telewizorem. Około 10 tak jednak sobie pomyślałąm, że możę jednak lepiej przejść się do lekarza, tak na wszelki wypadek. Spróbowałam więc umówić się do mojego lekarza (prywatnie), ale w rejestracji okazało się, że jest to dziś niemożliwe, chyba że o 22, ale pani poradziła, żebym się udała do najbliższego szpitala, gdzie w takim przypadku muszą mnie przyjąć. No więc powoli się zbierając wybrałam się do najbliższego szpitala (mieszkam w Gdyni na Witominie, a najbliższy szpital jest w Redłowie, mam 5 minut autobusem:)). Około 13 byłam w szpitalu, gdzie z pół godziny lub dłużej czekałam, aż lekarz będzie mógł mnie przyjąć. Położyli mnie na łóżku na końcu korytarza, podłączyli do ktg i kazali leżeć spokojnie :D No to sobie leżałam. Po 15 minutach przychodzi pani doktor i mówi, że widzi tu skórcze na ktg i pyta się mnie, czy coś odczuwam. Ja na to, że nie, ależ skąd!! Robi mi usg, a po chwili woła pielęgniarkę, żeby mnie jak najszybciej przyjąć do szpitala, bo zaczyna się akcja porodowa i trzeba by ją powstrzymać, to dopiero był 33 tydzień i mówi mi, że będę musiała tu zostać jakiś czas, żeby przyjmować leki powstrzymujące. Wtedy zaczęłam się denerwować, zwłaszcza, że nic absolutnie nie czułam - żadnych skórczy, żadnej różnicy do zwykłego codziennego samopoczucia. No nic - to wypełniamy szybciutko jakieś papierki, pielęgniarka się mnie pyta, czy mam jakieś ciuchy na przebranie. He he, przecież przyjechałam tylko na kontrolę! Pokazuje mi jakiś pokój, gdzie mogę się przebrać w szpitalne ciuchy standardowe. Ręce zaczynają mi się trząść, podarłam szpitalną koszulę przy ubieraniu, ale jakoś się udało. Pani doktor kazała mi usiąść i czekać na pielęgniarkę, która zaraz po mnie przyjdzie i zabierze na oddział. Mam wolną chwilkę, żeby zadzwonić do męża i powiedzieć, że jestem w szpitalu i muszę tu zostać, żeby dostać jakieś leki na powstrzymanie porodu i że nie wiem, jak długo będę musiała tu leżeć i w ogóle. Wtedy zaczął już oprócz rąk drżeć też głos. Po kilku minutach przychodzi pielęgniarka, bierze mnie na górę, idziemy na salę porodową na badanie. Badają mnie i mówią, że mam rozwarcie na 2,5 palca i każą szybciutko z lekarzem iść na usg. Spokojnie poszliśmy, lekarz mnie bada, mówię, co wiem po ostatnim badaniu i że następną wizytę mam planowaną za tydzień. Z dzieckiem wszystko ok, takie tam gadu gadu i mogę już wracać tam na salę. Wstaję i naglę czuję, jak coś leci mi po nogach. Nigdy w życiu tego nie zapomnę - totalna panika, że to przecież nie teraz! jeszcze za wcześnie! Szybko próbuję wrócić na tamtą salę, ale nie wiem, w którą stronę pójść. Miotam się w prawo i w lewo, w końcu mi się udaje i dochodzę na salę już zanosząca się płaczem. Każą mi szybko się położyć, przychodzi lekarz i mówi, że w takim razie nie ma co już powstrzymywać - będę rodzić. Próbuję się uspokoić, ale trochę mi to zajmuje. Jest 14:30. Około 15 przyjeżdza mój mąż. Oprócz lecących wciąż wód i rozwarcia nie mam żadnych innych objawów porodu - czuję się dobrze, tylko trochę przestraszona. Bo wszystko nie tak. Jeszcze nie zaczęliśmy robić zakupów, bo planowaliśmy je wykonać w czerwcu. Nie mieliśmy nawet łóżeczka, ani jednej skarpeteczki do ubrania. Nic. No i planowaliśmy rodzić w zupełnie innym szpitalu, poród miał być rodzinny, w przyszłym tygodniu miałam się przejść do szkoły rodzenia i takie tam. Przed 16 mąż jedzie z powrotem do domu wziąć mi jakieś rzeczy do szpitala. I wtedy się zaczyna. Dostaję pierwszych skurczy. Nie powiem - boli. Ale jakoś da się wytrzymać. Patrzę na zegarek i sprawdzam, z jaką są częstotliwością - tak gdzieś co 5, 7 minut - luzik :D O 17 są już gdzieś co 3,4 minuty i wcale nie jest luzik. Zaczyna boleć już coraz bardziej dotkliwie, a męża nie ma jeszcze :x Dodatkowo z powodu porodu przedwczesnego nie mogę dostać ani nic rozkurczowego, ani oksytocyny, czy czegoś tam co by przyspieszyć. Także sobie leżę i się zwijam. W końcu koło 18 przyjeżdża mąż z moją mamą. A ja już leżę i kwiczę. Próbuję jakoś sensownie oddychać, ale na początku mi to nie wychodzi - w końcu nie zdążyłam dojść do szkoły rodzenia :( Położne mnie pocieszają, że do 20 powinnam urodzić. Heh, mam wrażenie, że nie dotrwam do tej 20 i prędzej zejdę z bólu. Wody ciągle mi odchodzą, ale rozwarcie się jakoś nie powiększa. Próbuję usiąść na piłce, żeby mniej bolało. No i na początku rzeczywiście mniej boli, ale potem skurcze są takie intensywne, że to nawet nie pomaga. Mąż masuje mi plecy i to daje dużą ulgę, ale ból jest taki, że chodzę prawie po ścianie. Przychodzi falami po 2 skurcze, pierwszy taki mocny ale krótki, ale drugi za to bardzo mocny i bardzo długi - nie do wytrzymania. Jeszcze te kabelki od ktg, na które trzeba uważać, żeby się nie powysuwały z pasów. Koszmar. Niestety z porodu rodzinnego nici, bo leżę na sali wspólnej, więc mąż tam siedzieć ze mną nie może, chociaż oprócz mnie żadna inna kobieta nie leży. No nic, trudno - przepisy to przepisy, jakoś nie miałam do tego głowy. Około 19:30 zaczęli mnie przygotowywać do porodu właściwego - leżałam na łóżku i nogi już szeroko. Wody ciągle odchodziły, ale pęcherz nie chciał się przebić w związku z tym dziecko też się nie przesuwało. Około 20 z kawałkiem lekarz przebija w końcu pęcherz i wtedy się zaczeło na dobre. Czułam, jak maluch idzie w dół - niesamowite wrażenie :D Potem już tylko przeć mocno i przeć, i przeć - aż w końcu się urodził :D Widziałam go, jak wyszedł - cały we krwi. Była 20:55. Przestraszyłam się, bo nie płakał. Pytam się pani doktor, dlaczego nie płacze!? Ale lekarka już go wzięła i poszła badać. A u mnie tylko jeszcze zostało łożysko, które urodziłam w 2 parcia. A ior ciągle nie płakał. Potem mi go przynieśli pokazać na chwilkę, bałam się go dotknąć - taki był malutki i od razu zabrali do inkubatora. A ja już czułam tylko wielką ulgę. W jednej chwili zapomina się o tych wszystkich godzinach bólu i czuje się ogromną ulgę i taki wewnętrzny spokój. Jeszcze tylko chwilka na zszycie i po wszystkim :) Potem kazali godzinę poleżeć w łóżku i mogłam wstać i pójść go zobaczyć. Leżał w inkubatorze i słodko spał :D Ciężko sie chodzi w godzinę po porodzie :) nie mówiąc o siedzeniu - to prawie niemożliwe. Właściwie najgorsze w porodzie jest chyba właśnie to gojenie się zszycia, które tak długo trwa i jest bolesne przez tydzień. Na dodatek miałam jakieś małe komplikacje zrastania się rany i u mnie trwało to jeszcze dłużej. Następnego dnia rano okazało się, że niestesty Miłosz nie jest w stanie sam oddychać i musimy iść na odział intensywnej opieki noworodka. Dodatkowo dostał zakażenia wewnątrzmacicznego i musi przyjmować antybiotyki. Ja zresztą też - po porodzie miałam 38,5 gorączki, ale w ogóle tego nie czułam. Mogłabym tak jeszcze pisać i pisać :) Koniec końców po 12 dniach szpitala wyszliśmy do domu (normalnie siedzi się 3 dni) - Miłosz po mocnej żółtaczce i naświetlaniu i zakażeniu, ja tylko po zakażeniu. Jest malutki - przy wyjściu ważył 2550 i ma 47cm (ale i tak dużo wazy jak na wcześniaka). Jest śliczny, a jego jedyną wadą jest to, że nie chce jeść, choć teraz powinien i muszę go często budzić i zmuszać do jedzenia. Leniuszek po kilku minutach zasypia przy piersi. Jestem szczęśliwą mamą, choć kompletnie z zaskoczenia :D, i tego też Wam życzę. A jakie robi minki jak śpi... Nic tylko filmy kręcić :D Pozdrawiam

LIPCÓWECZKI 2007 :))

09/06/07 20:41:59

Cześć :D No to z lipcówki stałam się majówką :D Nie bójcie się porodu - da się przeżyć :D choć na pewno do najprzyjemniejszych wydarzeń w życiu to nie należy. Trzymajcie się cieplutko i przede wszystkim życzę, aby maleństwo było zdrowe - bo tylko to się właściwie liczy :)

LIPCÓWECZKI 2007 :))

08/05/07 12:12:12

Agniesszka straszna ta historia :shock: Zdecydowanie lepiej jest już mieć pięcioraczki - 5x więcej szczęścia :D choć jak sobie pomyślę, że trzeba się tymi dzieciaczkami opiekować...Ciężko. Ale gorąco życzę tej pani, żeby wszystko się powiodło i przede wszystkim, żeby wszysktie maluchy były zdrowe