*GRUDNIÓWECZKI 2008*

17/11/08 18:21:42

Dziunka nie gniewam sie :-D. Wszystko w pozadku! Przepraszam ze ja znowu tylko jak po ogien, ale poki Olo spi, musze sie zajmowac Maja i domem, a moja mala jest teraz troche marudna, wiec chce jej poswiecic maximum czasu.

*GRUDNIÓWECZKI 2008*

17/11/08 18:11:45

[quote="bendis":1a6k47nl]My tu srutu tutu, a Ty powiedz, jak się czujesz?
Jesli to do mnie. To powiem tak: szokujaco dobrze :). Po Mai bylam porozrywana i cala obolala przez jakies 3 miesiace. Mialam bardzo ciezki polog. Tym razem nic mnie nie boli, nic nie ciagnie, nic mi nie napuchlo. Jestem tylko okropnie zmeczona, bo w dzien mam naprawde skrajnie malo czasu, a w nocy maly budzi sie na papu co 2 godziny.

*GRUDNIÓWECZKI 2008*

17/11/08 18:06:24

Dziekuje Wam wszystkim za mile slowa i gratulacje :oops: :oops: :oops: :oops: :oops: :cmo: To mile, ze mimo, ze jestem z Wami tak rzadko, nie zapomnialyscie o mnie :). [quote="Wiola26":27p9lfkv] Ksyva najwazniejsze ze Oli zdrowy,a w którtm szpitalu rodziłaś :)
Na Zaspie.

*GRUDNIÓWECZKI 2008*

17/11/08 17:53:07

Witam po dlugiej nieobecnosci. Odpowiedzialam na Wasz rozpaczliwy apel i wkleilam zdjecia do galerii. A teraz troche o porodzie: Historia narodzin mojego synka rozpoczela sie 30.09. Tego dnia mielismy USG w 36 t.c.. Gina zaniepokoily jelita Ola, ktore byly troche powiekszone. Padlo podejrzenie na niedroznosc jelit... Nie wiem czy to przez ta informacje, czy przez inne czynniki (np. ogolne zmeczenie przez zajmowanie sie Maja), ale krotko po wyjsciu z gabinetu dostalam skurczy. Nie byly regularne, choc wystepowaly srednio co 10 min. i wedlug mnie niezbyt bolesne. Nie przejelam sie tym faktem, stwierdzajac, ze to pewnie przepowiadajace... Po kiepskiej nocy stwierdzilam, ze niestety skurcze nie ustepily, a wrecz nasilily sie (srednio co 5 min.). Jednak ciagle wydawaly mi sie smieznie slabe i w porownaniu do tych porodowych przy narodzinach Mai, w ogole nie godne uwagi. Wieczorem jednak, dla pewnosci, pojechalismy do szpitala na KTG. Okazalo sie ze skurcze sa bardzo mocne (mimo ze dalabym glowe ze nie byly), ale na szczescie nie mam rozwarcia. Dostalam recepte na fenoterol, isoptin i no-spe forte i nakaz absolutnego lezenia plackiem w domu (chcieli mnie zamknac na oddziale, ale sie wylgalam ze wzgledu na Maje. Do pomocy przy niej przyjechal moj tata a potem tez mama i jakos udalo mi sie przetrwac tydzien z Olem w brzuszku. Mimo brania lekow skurcze mialam caly czas. Juz nie tak regularne, ale jednak dokuczliwe. 10.11 rano pojechalam do mojej gin. ktora powiedziala, ze dzieki lekom nie doszlo do rozwarcia i poniewaz jestem juz 37 t.c., to moge je odstawic. Tego dnia, po odstawieniu fenoterolu regularne skurcze powrocily (3-5 min. po ok.60 sek). Przetrzymalam do nastepnego dnia i wieczorem pojechalam do szpitala. Tam mnie zbadano i stwierdzono, ze mimo skurczy, rozwarcia nadal nie ma. Nie wiedzialam czy mam sie cieszyc czy nie (juz bylam tak zmeczona tymi skurczami, ze naprawde chcialam juz urodzic). Polozyli mnie na noc na patologi i obserwowali. 12.11 od rana skurcze byly coraz silniejsze, choc ich regularnosc (co 3-5 min) pozostala bez zmian. Ok. 14 poszlam do lekarki i powiedzialam ze chce zeby mi sprawdzila rozwarcie. Ta gderajac kazala mi usiasc na fotel.Twierdzila ze ja nie rodze bo za dobrze wygladam. Ja caly czas mialam swietny humor, zartowalam, usmiechalam sie i tylko podczas skurczu marszczylam troche brwi i musialam go przeczekac, zeby dalej rozmawiac. Ta babka patrzyla na mnie jak na wariatke... Jednak podczas badania zrobila wielkie oczy, bo mialam rozwarcie na 2,5 palca. Mysle ze dopiero wtedy fenoterol oczyscil sie zupelnie z organizmu. Lekarka kazala mi sie spakowac i przejsc na porodowke. Zadzwonilam do meza, ktory byl wtedy w pracy, kazalam mu przyjechac, a sama poszlam na luzaka pod prysznic. Po 15 min. relaksujacej kapieli, przeszlam z torba na porodowke gdzie czekal juz na mnie moj Daniel. Po badaniu (rozwarcie na 3 palce) i KTG, wyszlismy z mezem na korytarz przy trakcie porodowym, gdzie chodzilismy do prawie samego konca. Chcieli mnie w prawdzie uziemic na fotelu, ale powiedzialam, ze absolutnie nie ma takiej opcji i ja musze sie ruszac. Zrobilam mala scene i mnie puscili. Tylko obiecalam ze nie pojde znowu pod prysznic, bo lekarka twierdzila, ze porod idzie blyskawicznie i jeszcze im tam urodze. Tak wiec chodzilismy sobie z Danielem po tym korytarzu, rozmawiajac, zartujac i swietnie sie bawiac. Co chwile tylko stawalismy, przytulalismy sie i tanczylismy mruczac jakis piosenki, zeby przetrwac kolejny skurcz. Ale w sumie, te skurcze naprawde byly znosne. Przy Mai czulam sie okropnie i skurcze wydawaly mi sie nie do zniesienia, a tym razem nawet nie jeczalam nie wspominajac juz o krzyczeniu... Ok. 15.45 zawolala nas lekarka na badanie. Stwierdzila rozwarcie na 4 palce i nie pozwolila juz wyjsc. Poniewaz za sciana jakas dziewczyna wlasnie wypierala, wiec pozostawiono nas samych sobie. Nadal w niezlym nastroju przetrwalismy ok. 20 min. po czym wrocila polozna i stwierdzila ze rozwarcie na 5 palcow i moge wypierac. Ja sie bardzo zdziwialam bo nie czulam zupelnie parcia. Przy Mai to uczucie bylo nie do przegapienia, a teraz nic takiego nie czulam. Wkurzylam sie i chcialam zmienic pozycje na bardziej pionowa, bo bylo mi nie wygodnie i wrecz cialo podpowiadalo mi, ze cos tu jest nie tak. Pozwolono mi podniesc maxymalnie oparcie lozka, ale nie wolno mi bylo np. kucnac. Bylam wsiekla, ale wiedzialam, ze nic juz nie poradze. Babka kazala mi delikatnie popierac, co robilam bez wiekszego entuzjazmu, bo bylo to jakies takie sztuczne, wbrew mnie. Popieralam sobie wiec radosnie, az nagle odeszly mi wody (okreslone przez polozna jako mala Niagara, ponoc chlusnelo ze mnie na caly pokoj i ta biedna kobiete). Po odejsciu wod poczulam jakby skala bolu wzrosla o jakies 500 %. Czulam jakby mi ktos w krocze wsadzil dynamit i odpalil... Zaczelam tak krzyczec ze sama siebie nie poznawalam. Trwalo to jednak tylko minute. Po dwoch parciach (takich prawdziwych) wyszedl Olo :). Urodzil sie o 16.15 z waga 2940 i 54 cm dlugosci. Ze 3 razy byl okrecony pepowina ale caly i zdrowy. Byl takim smiesznym, sinym robaczkiem. Takim delikatnym i rozczulajacym, a zarazem niezbyt pieknym stworkiem. Dopiero po osuszeniu i zawinieciu w becik nabral "ludzkich" ksztaltow. Poniewaz urodzil sie w 37 t.c. i byl na granicy wczesniactwa, zabrali mi go na dogrzewanie lampa. Wtedy poczulam sie jak lwica w klace, wtora zza krat oglada jak zabieraja jej mlode. Myslalam ze kogos zagryze. Przez ten czas zalozono mi jeden szew, dano kanapki i herbate i kazano czekac. Nadal lezalam na trakcie porodowym, bo nie bylo dla mnie miejsc na porodowce. Po 18 dostalam dopiero lozko, a Ola przyniesiono mi po 20. Dowiedzialam sie ze go dokarmiono kiedy lezal pod lampa. Wscieklam sie wtedy potwornie. Niestety przez to pierwsza dobe praktycznie nie chcial jesc bo byl nazarty, balam sie o laktacje. Teraz Olus je jak smok, kup robi z 12 dziennie (czyli ma zdrowe jelitka) i jest baaaardzo spokojny - wlasciwie w ogole nie placze. No i kocham go tak jakby zawsze byl ze mna :-D.

*GRUDNIÓWECZKI 2008*

25/09/08 17:19:11

Hey! Strasznie dlugo nie pisalam i powiem Wam ze im dluzej nie pisze, tym trudniej mi sie wbic w temat i wtedy znowu nie pisze :oops:. Ale podczytuje Was w miare regularnie (choc niezbyt dokladnie) :oops: . Glupio tak nie pisac nic dluzszy czas, a potem nagle wyskoczyc jak Filip z konopii i pisac co tam u mnie :roll:. Na swoja obrone napisze tylko, ze z moja Maja naprawde nie zawsze mam jak pisac. Nawet jak przeczytam co i jak, to potem juz na odpisanie nie mam czasu :oops:. Od kiedy ostatnio pisalam, wydarzyly sie u mnie rozne rzeczy. Moja Maja byla pare dni w szpitalu, bo okropnie wymiotowala a potem pare dni nie chciala absolutnie nic jesc i przede wszystkim pic. Musiala byc podlaczona do kroplowki bo grozilo jej odwodnienie. W szpitalu niestety musiala byc z moim mezem, bo mnie lekarze wygonili ze wzgledu na ciaze :(. Maja byla na oddziale obserwacyjno - zakaznym, a wiec ja moglabym sie zarazic od innych dzieci. Niby Maja nie miala zadnego wirusa, bo robili jej serie badan, ale ja tez w czasie kiedy maz byl z mala w szpitalu, mialam okropna noc, kiedy to wymiotowalam praktycznie co pol godziny, do tego mialam goraczke. Rano zaczelam juz wymiotowac krwia (co bylo czyms potwornym) i pojechalam spanikowana do szpitala. A tam potraktowano mnie jak glupia histeryczke, wariatke ktora stwarza problemy "szacownemu" personelowi szpitala.... :evil: :evil: :evil: Nie bede sie wdawac w szczegoly, ale powiem tylko ze nigdy nie czulam sie tak upokorzona i stlamszona, jak po rozmowie z lekarzem z Izby Przyjec w szpitalu na Zaspie w Gdansku :( ! Teraz juz czujemy sie obie z Maja dobrze i jestesmy w domku. Ja czuje sie pewnie jak Wy ;), czyli jak ociezala slonica, ktora ma problemy ze zlapaniem oddechu, spaniem i ogolenie jestem jednym wielkim chrupkiem ;). W galerii zamiescilam zdjecie mojego synka z wczorajszego usg :). Dziekuje tez wszystkim komentujacym za mile slowa :-D. Maly ma sie dobrze i rozwija sie wrecz podrecznikowo :). Wazy teraz 1481 g i zapowiada sie na ok. 3500 g w dni porodu. Wszytsko w nim "dziala" jak nalezy a takze moje wszystkie "sprzety" (lozysko, wody itd.) sa w idealnym stanie. Olo przekrecil sie juz glowka w dol i mam nadzieje ze juz tak zostanie. To tyle o mnie. Przepraszam Was ze tak rzadko pisze, ale nie uda mi sie byc czesciej z Wami :roll: .