LIPCÓWECZKI 2007 :))

10/10/07 21:10:31

maminek, to jest mój Oskarek właśnie. :D Założyłam mu nawet galerię zdjęc pod adresem: http://oskar.albumik.pl hasło: kajetan Muszę wgrać jeszcze fotki z ostatniego miesiaca, ale w sumie jest sporo zdjec i można nawet komentować. :)

LIPCÓWECZKI 2007 :))

10/10/07 20:21:48

reni, na sali nie ma tylu osób co na normalnym pokazie, ale jest wystarczająco dużo i atmosfera jest naprawde super. Najmilej było widzieć tyle wózków w kinie jak tylko weszłysmy. To cos kompletnie nowego, bo zazwyczaj w kinach widać prawie same pary albo grupy młodzieży, a tu nagle same wózki. :D

LIPCÓWECZKI 2007 :))

10/10/07 20:09:57

Hajo! Słuchajcie! byłam dzisiaj w Multikinie na seansie dla mam z małymi dziećmi. Było super! Poszłam z Oskarem i koleżanką na film "Wpadka". hehehe To akurat dość na czasie, bo przecież Oskar to była właśnie taka sama wpadka jak ta filmowa. ;) Było naprawde fajnie. Były przewijaczki i zapas pieluszek, światło nie do konca przygaszone, dźwięk o wiele cichszy niż normalnie w kinie. Bilet kosztuje 10 zł i można za darmo nosidełko pożyczyć. Oskar siedział przodem do ekranu i ze zdumieniem oglądał ekran skubiąc kocyk. Był bardzo grzeczny i wyglądał jakby naprawdę oglądał film i go rozumiał. :D Niektóre dzieci płakały a mamusie chodziły z nimi po sali, ale to w ogóle nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, jest bardzo swojski mamusiowy klimat i życzliwa i ciepła atmosfera. :) W czasie filmu nakarmiłam małego z butelki i zasnął mi w ramionach. To tez było super! Będę na pewno chodziła częsciej na takie pokazy, szkoda ze sa tylko raz w tygodniu i jest do wyboru jeden film tylko. No ale to zawsze fajnie sie wyrwać z domu. :D Z tego co widziałam to w innych miastach chyba tez sa takie seanse w każdą środę o 12. Zobaczcie koniecznie! Buziaki! :*

LIPCÓWECZKI 2007 :))

21/09/07 12:21:52

A co sie dzieje z Hanah? :roll:

LIPCÓWECZKI 2007 :))

21/09/07 11:36:10

Dzieki za odpowiedzi. :) Wiecie u nas ten problem był jeszcze zanim się urodził mały. Tzn. tak naprawdę problemem nie jest to, że ja mam sprzątać, prac czy gotować. Tzn. teraz to nie jest aż taki problem, bo dziecko to aniołek i jakoś sobie wypracowałam z nim to, że mam spokój. Teraz sie najadł i sobie leży w rożku i ogląda sufit ciumkając smoczek. Jest spokojny i daje mi cos napisać do Was. Wcześniej tak nie było. Ja padałam na twarz, spałam w ciagu dnia, bo w nocy tylko ja wstawałam do dziecka (nawet w weekendy) żeby Łukasz mógł sie wyspać do pracy. Zmiana trybu życia, zmiana priorytetów itp. po prostu zwaliła mnie z nóg i musiało minąć nieco czasu bym mogła sie przystosować. Niesety w tamtym czasie mój facet zamiast ze mna rozmawiać i mnie wspierać to zaczął mnie jeszcze dołować. I to tak na maksa. Nie chodzi nawet o czepianie sie tylko w ogóle o całe zachowanie w stosunku do mnie. W zasadzie ja zeszłam na drugi plan i Oskar stał sie dla niego ważniejszy. Gdy wracał z pracy to leciał do małego, tulił, gadał do niego, bawił sie itd. Jak już sie wybawił to zajmował sie swoimi sprawami, a ja w zasadzie cały czas byłam w domu sama, nawet jak on w nim był. Zaczęłam sie czuć nieźle samotna. :( Do tego dochodziły takie głupie scysje jak np. to, że ja wchodziłąm sie czegos napic do kuchni, jak on robił sobie kanapki, a ze kuchnie mamy wąska to mu przeszkadzało to że weszłam i potrafił mi powiedzieć cos w stylu "musisz tu włazić?". A jak zapytałąm go czy musi być wobec mnie taki niemiły to odpowiadał, że to moja wina, bo mu wlazłam w droge i następnym razem się nauczę żeby tego nie robić". Nie trąca wam to czyms toksycznym? Nie jest ważne to zmywanie czy sprzatanie, ale cos co istniało już zanim pojawił sie Oskar, czyli metody komunikacji Łukasza. Kiedy on jest zły to potrafi powiedzieć cos po chamsku, odezwac sie opryskliwie, wrzeszczec, wymagać, wychowywać i żądać. Zawsze odwróci kota ogonem tak, że wychodzi na to, że cos jest moją winą. Nigdy nie powiedziałam, że musi zaakceptować to, że juz zawsze w domu będzie syf i nie będzie obiadków, ale sposób w jaki on żądał tego po prostu mnie wnerwił i jeszcze bardziej odechciało mi sie starać. No bo co to znaczy,ze on WYMAGA. Potrafił mi zrobić awanturę, że ma niewyprane gacie, ale nie wpadł na to, ze zamiast tego mógłby wrzucić pranie do pralki. Kiedys z nim o tym rozmwiałam i prosiłam go by nad soba panował, że ja nie jestem jego wrogiem żeby na mnie tak wrzeszczał. Ze mną da sie normalnie porozmawiać, ale on po prostu nie umie. A mnie takie wrzaski i chamskie odzywki po prostu wyprowadzaja z równowagi psychicznej. Doszło do tego, że gdy usiłowałam z nim jakoś porozmawiać i wytłumaczyć, że jestem bardzo zmęczona, to on zaczął sie licytować kto jest bardziej zmęczony, stwierdził, że ja jestem mało zorganizowana i zamiast zaoferować woja pomoc to zaczął mi radzić co powinnam zrobić żeby wyrobic sie w domu ze wszystkim. Po jakimś czasie nerwy mi pusciły i przy kolejnej awanturze zaczełam na niego wrzeszczeć żeby się odpierd...ł itd. A potem on stał nade mna i dzieckiem jak ja karmiłąm i wrzeszczał na mnie. On nie umie sie opanować, nie wie nawet kiey sie zamknąć i przestac i kiedy przekracza granicę. Mam do niego taki uraz, że ograniczyłam nasze kontakty i rozmowy do niezbędnego minimum. On pewnie uważa, ż eja sie obraziłam, ale to nie tak. Po prostu widzę, że on sie nie umie zmienić, nie umie nad sobą panować i boję się go, boję sie wchodzić z nim w dyskusje, bo nie wiem czy on przypadkiem znowu mi nie powie czegoś przykrego i chamskiego. On też nie wpadnie na to by mnie przeprosić, ponieważ nie uważa zapewne, iż nazwanie mnie złą matką było czyms obrzydliwym i podłym. Tego mu nie wybacze do końca życia. Wszystko co mi powiedział na mój temat złożyło mi sie w piękna całość i wyszło na to, że jestem złą matką, złą kucharka, złą sprzataczką, złą praczką. Nic nie robię dobrze, jestem wiecznie zmęczona i ogólnie do bani. I tak się zaczełąm zastanawiać po co w zasadzie on ze mną jest skoro ja jestem taka beznadziejna? Moje poczucie własnej wartosci runęło w gruzach, dostałam ataku nerwicy po kolejnej kłótni i teraz w srodku nie mam do niego żadnych ciepłych uczuć. Tylko żal, że byłąm taka głupia i myślałam, że jeśli on mnie kocha to będzie umiał ze mna rozmawiać. A teraz nawet nie liczę na to, że on wyciągnie do mnie ręke. To by było poniżej jego godnosci przeciez. Ale sie rozpisałam... :oops: