MARZEC 2008

16/09/08 22:01:31

Witajcie dziewczyny! Nie mam czasu pisać na forum, bo do chwili gdy na swiecie pojawiła się nasza córeczka Martusia świat stanął na głowie, nie mam czasu dla siebie, a wieczorem padam na nos i zasypiam :) Przejrzałam galerię zdjęć, macie bardzo fajne dzieciaczki :pipi: Moja Martusia ma już 6,5 miesiąca, jest drobna po mamie ale długa po tacie, ładnie przybiera na wadze, waży już 7060 g i ma 73 cm, na dole ma 2 ząbki(pierwszy wyrósł gdy miała 4,5 miesiąca), sama już siedzi i bawi się zabawkami(nie sadzałam jej, po prostu podciągnęła się za moje palce i tak już zostało), gdy się ją postawi to sama stoi, mimo, że należy do tych jak piórko dziewczynek, cały czas ssie cyca i bardzo lubi obiadki które jej gotuję , dużo gaworzy i śpiewa, niesamowicie dużo się uśmiecha, jest wesoła i radosna, jednym słowem kochana :) Niby nasze dzieciaczki są w tym samym wieku i potrafią robić to samo, ale gdy patrzę na wasze fotki to każde jest inne. U mnie dużo w życiu się dzieje :) Może któraś z was ma już taki plan aby znowu zostać ciężarówką? Trzymajcie się cieplutko! :kla:

<< -- Porody Marcówek 2008 -- >>

16/03/08 09:15:57

Acha, w sumie od pierwszych skurczy do urodzenia małej minęły 42 godz., ale może dlatego, ze miałam za wąską szyjkę(pewnie zakwalifikowałabym się do cc, ale ja nie wyobrażałam sobie rodzić inaczej niż sn). Rodziłam bez znieczulenia, bo bałam się, ze jak dostanę zzo to mi zahamuje postęp rozwarcia, a ja tak bardzo chciałam pomóc małej szybko wyjść na świat. Skurcze były mocne, ale do przeżycia, po prostu nie pamięta się tych co były przez kilka godzin, ale tylko ten ostatni, natura to chyba sprytnie wymyśliła Ja jestem bardzo nieodporna na ból, a jednak dałam radę!!! Jestem z siebie dumna nie z tego powodu, ze urodziłam, ale że Martunia dostała od razu 10 ptk. pediatrzy byli zadowoleni, ze trafił im się do badania tak zdrowy maluszek, czyli, że w czasie tych 9 miesięcy odwaliłam kawał dobrej roboty Jeszcze co do skurczy, to spodziewałam się, że będą dużo gorsze, a jednak nie były, dlatego jeszcze na porodówce mówiłam do męża, że chyba dzisiaj nic z tego i że pewnie zaraz mnie do domu wypiszą Nie ma sie czego bać. No i za jakiś czas będziemy myśleć o rodzeństwie dla małej :smo:

<< -- Porody Marcówek 2008 -- >>

15/03/08 20:02:30

Mój poród: Termin miałam na niedz. 2 marca, ciąża przebiegała książkowo, więc jakoś tak czułam że urodzę dzidzię w dniu wyznaczonego terminu(tylko 5% dzieci tak się rodzi) Od pon 25.02 każdego dnia łapały mnie lekkie skurcze przepowiadające. W czw przez 12 godz., aż do 23 miałam mocne skurcze ale ciągle jeszcze przepowiadające, no a w pt o 4.15 zaczęły się skurcze krzyżowe, najpierw nieregularne, zaś nad ranem w sobotę 1 marca coraz bardziej regularne, tak już co 15-12 minut. Zadzwoniłam do lekarza dyżurnego do szpitala aby sobie w brodę potem nie pluć gdyby coś nie tak było z małą(ona od 2 dni słabo się ruszała, a wcześniej brykała w brzuszku jak szalona)i zapytałam czy mam przyjechać czy może poczekać bo termin mam na niedz., ale on kazał przyjechać. Pamiętam jak w nerwach pakowałam do końca torbę, bo kompletnie nie byłam przygotowana na to, że dzień przed terminem zjawię się w szpitalu, jeszcze się z mężem pokłóciłam taka zdygana byłam, on chyba też:D, obrączka z nerwów nie chciała zejść, tak jak i pierścionek zaręczynowy, nie dałam rady zjeść śniadania tylko cały czas myślałam o niuni, czy wszystko z nią ok, skoro powinnam już jechać do szpitala. Gdy przyjechaliśmy na miejsce o 11.30, skurcze nie minęły i były coraz mocniejsze. Na izbie przyjęć położna zbadała mnie, badanie na rozwarcie nic mnie nie bolało(a czytałam gdzieś, ze boli jak cholera hihi:) ) no i okazało się, ze szyjka zgładzona i dzidzia nie odpycha się, a chce już wychodzić. Przyszedł lekarz, chyba ten z którym rozmawiałam przez tel., położna zdała mu relację no i on powiedział mi, że zatrzymują mnie w szpitalu, bo dziś jeszcze urodzę:D Bardzo się wtedy ucieszyłam, ale nie dlatego, że dzidzia jeszcze dziś będzie na świecie(wtedy nie chciałam mu jeszcze uwierzyć na słowo), ale dlatego, że dzień wcześniej w tym szpitalu był tępy dyżur i odsyłali rodzące do wojewódzkiego, w którym niestety trwa remont, porodówka jest do kitu z tego powodu i nie ma możliwości, aby mąż był przy porodzie. Po wypełnieniu papierów o 13 byłam na porodówce. Tam dostałam zastrzyk w pupę, coś jeszcze na serducho, bo ciśnienie z emocji zaczęło dla mnie i dla dzidzi skakać(wszystko przez to, że mimo oddzielnych sal do porodu słyszałam krzyk innych dziewczyn wrrr, więc chciałam stamtąd uciekać do domu:D), założyli mi wenflon, podłączyli mnie pod ktg(skurcze mini), zmierzyli(miednica, brzuszek itp.), trochę pochodziłam, potem znowu ktg(na plecach nie dałam rady leżeć, ale musiałam choć wiłam się jak wąż z bólu) i wysłali mnie na patologię, bo chyba doszli do wniosku, ze jest mi spokój potrzebny i wszystko się wtedy rozkręci. Na porodówce było 2 lekarzy, jeden z nich stwierdził, że może w tygodniu urodzę, drugi, że jeszcze dziś do północy, więc temu pierwszemu chciałam utrzeć nosa i obiecałam sobie w duchu, że jeszcze się facet zdziwi:D Mąż żartował sobie z położną, która nas prowadziła do sali, że żona w szpitalu, więc on robi imprezę, a ona, żeby mnie mocno zdenerwował opowieściami co on w domu będzie robił to może za godzine do nich wróce(wróciłam za dwie hihi). Na patologii(dostałam chyba jakąś sale do VIPów a od meża kilka 2 zł na TV, gdybym się w nocy nudziła) na 5 rat jadłam kolację, bo zaczęły mnie brać jakieś silne skurcze, miałam mokro w gaciach od śluzu, który wychodził ze mnie w dużych ilościach(żółty z pasmami krwi), poszłam pod prysznic, żeby trochę sobie pomóc.Przyszła położna, zapytała mnie dlaczego nie dam rady zjeść kolacji, wiec jej powiedziałam, a ona, że może jak ona mnie zbada, to może cos z tego wyjdzie:) Podczas badania zrobiła taką dziwną minę, bo okazało sie, że mam 2 cm rozwarcia, szyjkę skróconą na maxa, tylko jakoś tak dziwnie wąską, dzidzia bardzo nisko, więc jeszcze dziś urodzę, a była 17. Ucieszyłam się, że te skurcze to właśnie to(mocne ale do wytrzymania).Zrobiła mi lewatywę, zeby poród szybciej szedł, nawet nie zauważyłam kiedy mi ją zrobiła, bo nic nie poczułam, wróciłyśmy do sali no i powiedziała dla męża, zeby mnie spakował, bo wracamy na porodówkę. Trafiłam do tej samej świetnie wyposażonej sali(chyba czekała na mnie mimo ogromnego ruchu na tym oddziale), podłączyli mnie pod oksy(skurcze były tak samo mocne tylko, ze częstsze i bardzo już regularne), poszłam pod prysznic(siedziałam 50 minut ale rozwarcie się nie powiększało), znowu ktg, zaczęły mi się wody sączyć, więc położna przebiła mi pęcherz, ale rozwarcie dalej nie szło. Skurcze były już co 2,5 minuty, więc poprosiłam położną żeby coś zrobiła na to rozwarcie, które nie szło. Zrobiła masaż szyjki, wg mnie totalnie bezbolesny, no i z 2 cm zrobiło się 6 cm:) Potem już 7,8, mąż to odczuwał, bo coraz mocniej ściskałam mu ręke no i chciałam z łóżka uciekać hihi(śmieszne, bo za każdym razem musiał mnie z niego na rękach ściągać, bo takie wysokie jest), przy 9,10 to już siedziałam w pozycji kolankowo-łokciowej i krzyczałam w poduszkę. Potem usłyszałam najpiękniejsze zdanie od położnej, że w przerwach między skurczami mam się położyć na plecach, bo rodzimy:D Mąż wtedy wyszedł z sali, bo myślał, ze mnie skurcze parte bolą, a one nie bolą tylko jest to taka siła, której nie sposób opanować. Adrenalina mi podskoczyła, gdy położna powiedziała, ze dzidzia ma czarne włoski:)Poród odbierały 3 super położne, podłączyły mi jakąś nową kroplówkę, miałam mieć ochronione krocze, ale się nie dało. Sama poprosiłam położną o mega nacięcie hihi. Martunia się urodziła 1 marca w sobotę o 21.55, nie mogłam uwierzyć, ze już po wszystkim(chyba byłam oszołomiona oksy), że zostałam mamą i ze ta dzidzia z czarnymi włoskami to z mojego brzuszka. Od razu dały jej 10 ptk. Mąż wrócił gdy usłyszał płacz i przeciął pępowinę, chociaż się trochę bał. Położna położyła mi małą na brzuszku, w między czasie wyszło łożysko, dały niunię dla męża, położna zrobiła mu zdjęcie, potem dla mnie z małą i dla nas, w sumie miałam ją chyba 10 minut, potem lekarz mnie zszył w pokoju zabiegowym(ten któremu chciałam utrzeć nosa, trwało to chyba 20 minut, mam szwy na szyjce, bo okazało się, ze była bardzo wąska i to cud, ze urodziłam małą sn, no i na kroczu), podziwiał mnie za odwagę i determinację, potem wróciłam do męża, dali mi trochę odpocząć, pogadaliśmy, wykonałam tel do mamy i zawieźli nas do sali. Mąż mi bardzo pomagał w czasie skurczy, bez niego chyba bym się nudziła na porodówce i bała, mimo, ze położna co chwilę zaglądała, a końcówki tak naprawdę nie widział, no tylko pępowinę i dzidzię na golaska, która i tak slicznie wyglądała(od razu była różowa i lekko opalona), więc bierzcie ze sobą swoich facetów. Mój to po czymś takim zrobił się niesamowicie tatusiowaty i chyba kocha mnie jeszcze bardziej(pamiętam jak przez mgłę czułe słowa, które mi mówił gdy miałam 8 cm rozwarcia):D W ksiązeczce wpisali mi, że I faza trwała 4 godz. 35 minut, II 20 minut. W przerwach między skurczami bujałam się na piłce, mąż masował mi plecy i opierałam sie rekami o coś(ale tak tylko do 2 cm rozwarcia, bo potem nie dałam juz rady chodzić). Prawda, że warto coś takiego przeżyć?:)

MARZEC 2008

15/03/08 19:43:11

Mam trochę czasu, bo mała ucięła sobie drzemkę przed kąpielą, więc w dziale poród opiszę wam swój, jak chcecie, to zajrzyjcie tam :)

MARZEC 2008

09/03/08 19:05:57

A to moja córeczka Marta :pipi: Słodka no nie? [url=http://img528.imageshack.us/my.php?image=niuniaad8.jpg:1ek2ugs7] [/url:1ek2ugs7]